Koronawirus. Pokolenie easyJet uczy się żyć w Europie poprzedzielanej granicami

Reklama

pon., 03/23/2020 - 16:48 -- koscielniakk

Epidemia koronawirusa to niemiłe przebudzenie dla pokolenia przyzwyczajonego do podróżowania bez wiz i paszportów. Szok związany z nagłą niemożnością przekraczania granic, których dotychczas nawet się nie zauważało, powoduje powrót do wspomnień starszych pokoleń, dla których wyjazd do innego kraju był poważnym logistycznym i kosztownym przedsięwzięciem, pisze Paola Tamma z POLITICO.

  • Przeżywamy na powrót doświadczenia naszych dziadków, kiedy kontakt z rozproszonymi po świecie najbliższymi, ograniczony był do powolnej poczty i trzeszczących telefonów
  • Dla pokolenia Europejczyków urodzonych w latach 90., granice były tak zapomniane, że ich odrodzenie się w czasie epidemii jest jakąś niechcianą podróżą w przeszłość
  • We Włoszech ludzie mogą wychodzić tylko, by pójść do pracy, kupić żywność lub w zagrożeniu zdrowia, a kara za nieuzasadnione opuszczenie domu sięga nawet 3 miesięcy więzienia
  • Niespodziewanie dla ludzi, którzy zapomnieli o istnieniu granic, okazało się, że otwarta Europa, bez utrudnień w podróży, wcale nie jest czymś danym na zawsze

Kiedy koronawirus przetacza się przez Europę i kolejne kraje reagują zamknięciem granic, myślę o mojej bisnonni (wł. prababcia) Corinnie Meregalli. Zawsze uderzało mnie, jak bardzo jej doświadczenie życia w Europie różniło się od mojego. Teraz już nie.

Moja mama pokazała mi niedawno kilka listów, które prababcia Corinna napisała latem 1943 r. do trzech swoich synów, którzy byli rozproszeni po Europie, służąc we włoskiej armii faszystowskiej. W listach tych, towarzyszących zwykle paczkom z prowiantem, prababcia pyta o ich miejsce pobytu i zastanawiała czy jeszcze żyją. Jeden z nich w końcu zaginął w Jugosławii.

Opowiada też o swoich codziennych zajęciach, ponieważ samotnie utrzymuje przy życiu rodzinny interes, załatwia sprawy dla swoich synów żołnierzy i opiekuje się czwartym synem, który nie zaciągnął się z powodu polio, oraz starszymi członkami rodziny. Pod pozorami normalności, przebija przez nie poczucie gniewu na groźbę utraty bliskich, a także nastrój rozłąki i wysiłek, by przekazać uczucia i troskę na odległość.

To te same uczucia, choć w znacznie mniej dramatycznych okolicznościach, które przeżywają dziś Włosi w całej Europie, gdy znaleźliśmy się w sytuacji, w której nigdy nie spodziewaliśmy się znaleźć.

 

Świat bez granic… do teraz

Urodziłam się w 1992 r., dwa lata po tym, jak Konwencja z Schengen zniosła wizy i kontrole graniczne między krajami Unii Europejskiej – i wykorzystałam to dobrze na wszystkie możliwe sposoby.

Mieszkałam, studiowałam i pracowałam w czterech krajach Unii Europejskiej. Połączenie swobodnego przemieszczania się, unijnego programu Erasmus dla studentów oraz tanich lotów Ryanairem spowodowało, że moi przyjaciele i rodzina rozproszeni są po całej Europie. Miałam mnóstw kontaktów transgranicznych, związanych z podróżowaniem nocnymi autobusami, Eurostarem, wylotami wczesnym rankiem i przejazdami samochodem przez niemal niewidoczne unijne granice.

Dla mojego pokolenia Europejczyków urodzonych w latach 90. granice były tak nieistotne, że ich odrodzenie się w czasie epidemii okazuje się być czymś najbardziej zbliżonym do podróży w przeszłość. I wcale mi się to nie podoba.

Prawie 80 lat po tym, jak bisnonni Corinna wysyłała swoje listy, cała moja rodzina jest w zamknięciu. Moja mama i ciotka są w Mediolanie, największym mieście regionu Lombardii, epicentrum włoskiej epidemii.

W całych Włoszech ludzie mogą opuszczać domy tylko po to, aby pójść do pracy, zrobić zakupy żywności lub z powodu zagrożenia zdrowia. Kara za nieuzasadnione wyjście z domu, może teoretycznie sięgnąć nawet trzech miesięcy w więzieniu.

 

Nie wszyscy mają aż tak źle

W przeciwieństwie do mojej prababci, możemy uważać się za szczęśliwców, że mamy więcej niż tylko wojenną służbę pocztową, by pozostawać w kontakcie. Tydzień temu zebraliśmy się online, aby zaśpiewać "100 lat" na urodziny mojej ciotki i wznieść wirtualny toast.

Moja mama jest lekarzem w jednym z największych szpitali w Mediolanie. Dzwonię do niej codziennie po pracy, na wpół żartobliwie pytając, czy została "koronowana". A ona na wpół żartobliwie odpowiada, że potrzebna była epidemia, żebym zaczęła dzwonić do niej codziennie – typowa włoska mamma.

Jest lekarzem specjalistą i wszystkie jej niepilne wizyty zostały odwołane. Ale też nie pracuje na oddziale ratunkowym i nie ma bezpośredniego kontaktu z pacjentami COVID-19.

W szpitalach w sąsiednich miastach jest znacznie gorzej. Antonio Pesenti, regionalny koordynator kryzysowego zespołu ds. intensywnej terapii, mówi, że sytuacja w Bergamo i Brescii jest "bliska całkowitego załamania".

– Żywimy głęboką nadzieję, że presja na nich zacznie opadać – powiedział w Radiu Popolare. Bo radio to jedna z tych starych technologii, która pod wpływem epidemii przeżywa odrodzenie, wraz z rowerami i posiłkami w domu. Pesenti mówił o "sytuacji wojennej".

Moja siostra jest w Szwajcarii, którą tydzień temu zamknięto aż do 19 kwietnia. Znalazła się w surrealistycznej sytuacji przypominającej klasyczną włoską powieść "Narzeczeni" Alessandro Manzoniego.

Bohaterami tej XIX-wiecznej opowieści jest para mieszkająca w Lombardii, Renzo i Lucia, których do rozstania zmusza złośliwy Don Rodrigo. Przez setki stron walczą, gdy wkoło szerzy się zaraza, by wreszcie połączyć się i zawrzeć związek małżeński nad jeziorem Como.

Historia mojej siostry jest nieco mniej dramatyczna. Jej narzeczony mieszka we Włoszech, a ich ślub, zaplanowany na początek lipca nad jeziorem Maggiore, został wstrzymany do czasu, aż sytuacja się wyjaśni. Przyjęli jednak bardzo północno-włoskie, praktyczne podejście do problemu: i tak się pobiorą, a impreza może odbyć się później. W końcu ludzie pobierają się i w czasie wojny.

I tylko mój 13-letni brat, który mieszka z moim tatą i jego żoną w południowowłoskim Bari, jest tym, który świetnie się bawi – odwołali mu szkołę i siedzi w domu. Mój tata ustawił na tarasie słupki do gry w piłkę nożną, więc łapią trochę świeżego i ćwiczą. Jednak izolacja od rówieśników i obowiązek przebywania w domu powoli zaczynają już zbierać swoje żniwo.

Ja sama jestem najmniej z nich dotknięta w moim codziennym życiu: mieszkam w Kolonii, w Niemczech, razem z moim partnerem. Wylądowałam tu bez oficjalnego dowodu tożsamości, a tylko z belgijską kartą pobytu – to pokazuje, jak bardzo jestem nieprzyzwyczajona do takich pojęć jak narodowość, rezydencja, granice.

Zdecydowałam się zostać i pracować zdalnie, ponieważ jeśli wrócę do Belgii, gdzie na co dzień mieszkam, to on nie będzie mógł przyjechać i odwiedzić mnie, bo Niemcy odradzają zbędne podróże poza granice kraju. W poniedziałek rząd niemiecki zalecił zamknięcie prawie wszystkiego i poprosił o pozostanie w domu zgodnie z modelem włoskim, który przyjęły również Hiszpania i Francja.

Prowadzę codzienne rozmowy z moimi zamkniętymi przyjaciółmi – w Austrii, Francji, Włoszech czy Belgii. Postanowiliśmy już, że kiedy to wszystko się skończy, spotkamy się wszyscy i spędzimy tydzień nad morzem. Będzie to chwila ukojenia, powrót do przyszłości i szansa na przypomnienie sobie, że Europa bez granic wcale nie jest czymś, co można traktować jako coś oczywistego.

Autor: 
Michał Broniatowski
Źródło: 

Onet

Dział: 

Reklama