LIST ZROZPACZONYCH TURYSTEK. TUI PORZUCIŁA POLSKIE TURYSTKI NA DOMINIKANIE

Reklama

czw., 01/17/2019 - 09:18 -- zzz

Udałyśmy się na wakacje na Dominikanę. Wykupiłyśmy wycieczkę zorganizowaną z biura podróży TUI Polska. Nasza przygoda zaczęła się już na lotnisku w Poznaniu, gdzie okazało się, że maszyna została zmieniona (zamiast TUI Fly leci hiszpańska linia Vamos) i nie ma miejsc, które wykupiłyśmy przez biuro w pierwszej klasie i dostałyśmy miejsca w klasie ekonomicznej. Próbowałyśmy rozwiązać problem z obsługą lotniska oraz z Panią z punktu TUI, która całkowicie lekceważyła całą sytuację. 

​​

Przeszłyśmy odprawę bezpieczeństwa i czekaliśmy na opóźniony 40 minut lot. Po wejściu na pokład usiadłyśmy na wskazanych miejscach. Poprosiłyśmy obsługę o wyjaśnienie tej sytuacji oraz zapytałyśmy, czy możemy usiąść w klasie pierwszej, bo widziałyśmy, że są tam wolne miejsca. Steward tłumaczył nam najpierw trochę po polsku i trochę po angielsku, że nie możemy, bo tam są miejsca do spania dla załogi. Pasażer z tyłu próbował to nagrać, ale wyrwano mu telefon z reki. Siedziałyśmy na wskazanych miejscach zapięte pasami i rozmawiałyśmy z ludźmi obok o całej zaistniałej sytuacji. Cała załoga mówiła po hiszpańsku, traktując Polaków jako zło koniecznie. 

Samolot stał cały czas na płycie lotniska z wyjętymi bagażami, ponieważ trwał załadunek cargo. Drzwi samolotu były cały czas otwarte. Poprosiłyśmy o rozmowę z kierownikiem załogi, przyszła jakaś Pani, która ledwo mówiła po polsku i powiedziała, że nic z tym nie zrobimy i mamy dwa wyjścia: lecieć na tych miejscach co teraz siedzimy albo wyjść z samolotu. Następnie przyszedł jakiś steward, który mówił tylko po angielsku. Przeprosił za zachowanie pracownika z check in oraz powiedział, że mamy żądać zwrotu od TUI, bo to u nich kupowałyśmy wycieczkę. Zapytałyśmy się, czy to wszystko, co ma do powiedzenia, siostra się popłakała i powiedziała "Kurwa mać to jakiś żart".

Stewardzi pytali "zostajecie na tych miejscach czy wysiadacie w tym momencie"? Odpowiedziałyśmy ze łzami w oczach, że zostajemy. Steward powiedział "Ok, chillout and silent". Po czym siedziałyśmy cały czas na miejscach i po 15 minutach przyszła cała załoga i powiedziała, że nie lecimy, bo używamy wulgaryzmów do jednej z koleżanek i nie wyobrażają sobie z nami lotu przez 11 godzin. Poprosiłyśmy o to, aby ta koleżanka przyszła wyjaśnić całą sytuację, po czym przyprowadzono inną Panią, która nie mówiła ani po polsku, ani po angielsku. Zapytałyśmy ludzi obok czy przeklinałyśmy — oni odpowiedzieli, że nie. Podniesionym głosem kazano nam przejść na przód samolotu i w samych cienkich ubraniach kazano nam wyjść na płytę lotniska gdzie czekało na nas 5 strażników w kominiarkach i z bronią w ręku. Steward powiedziała do siostry, gdy wychodziła "mam nadzieję, że kapitan zdecyduje, że Panie z nami nie lecą". Za nami wybiegł jeden z pasażerów, który miał taką samą sytuację, co robią z nami jako Polakami i jak nas traktują. 

 

​​

Strażnicy poprosili o zachowanie spokoju, bo jesteśmy wystraszone i roztrzęsione. Zapytali, co się stało i co oni wyprawiają. Poprosili, abym wsiadła do samochodu, bo jest bardzo zimno, chwile posiedziała i że muszą nas pouczyć, bo jeśli kapitan zdecyduje, że nie lecimy to tak będzie. Mama i siostra zostały wysłane przez strażników na swoje miejsca, a ja musiałam chwile poczekać w samochodzie straży granicznej. Następnie funkcjonariusz straży kazał wrócić mi na swoje miejsce i powiedział, żeby się nie denerwować. 

Widział moje przerażenie w oczach, gdy stal w kominiarce i z bronią. Byłyśmy pośmiewiskiem całego samolotu. Załoga próbowała wmówić, że to przez nas jest samolot opóźniony, a w tym czasie cały czas trwało lądowanie cargo. Jedna ze stewardess powiedziała, że jeśli chcemy lecieć to mamy nie rozmawiać ze sobą podczas lotu. Siostra zapytała ją tylko czy może skorzystać z toalety. Po 15 minutach stewardessa kazała nam odpinać pasy i znów wychodzić na zewnątrz z paszportami do straży granicznej. Funkcjonariusz zapytał, po co przyszłyśmy we 3, proszę wracać na miejsca i kazał tylko mi zostać jeszcze chwilę, dać kartę pokładową i paszport, żeby cos spisać. 

Następnie kazano mi wrócić na miejsce. Po około 20 minutach zamknięto luk bagażowy, a potem drzwi samolotu. Wystartowaliśmy. Byłyśmy w takim szoku, że bałyśmy się ze sobą rozmawiać. Chodziłyśmy tylko do toalety albo po cos do picia, ponieważ nie było sprzedaży żadnych napojów ani jedzenia przez 12 godzin lotu. 

Niektórzy pasażerowie głośno krzyczeli i śpiewali, ale nie zostali nawet raz upomniani przez załogę. Po wylądowaniu i Punta Cana, pojechaliśmy do hotelu. Następnego dnia poszłyśmy na spotkanie z rezydentką TUI, opowiadając jej cala sytuacje i pytając, jak będzie wyglądał zwrot kosztów za zapłacone miejsca oraz jak będzie wyglądał lot powrotny, ponieważ boimy się wracać tymi liniami. Po dwóch dniach okazało się, z hotel jest niezgodny z opisem i ponownie poszłyśmy na spotkanie z rezydentką. Pani wszystko spisała i złożyła reklamacje w naszym imieniu. Mieli nam zmienić hotel i przez cały tydzień trwała rozmowa dotycząca zmiany hotelu, odszkodowania za zły opis oraz za sytuacje w trakcie lotu. W poniedziałek byłyśmy na spotkaniu z rezydentką w związku z opisem hotelu, zapytałyśmy, czy wiadomo jaka linia wraca do Polski- powiedziała, że na chwile obecna nie jest zorientowana i że wyśle na maila godzinę wylotu i odjazdu autobusu z hotelu. 

 

​​

Dzisiaj rano dostałam SMS "Proszę sprawdzić pocztę". Po zalogowaniu okazało się, że dostałam maila z informacje o odmowie powrotu do kraju, ponieważ zagrażamy bezpieczeństwu innych pasażerów. Lot do Poznania ma być w sobotę, ale TUI odmawia, zabrania nas ze sobą. Mamy zakaz z nimi podróżowania na 3 miesiące. Każą nam wracać na własną rękę.”

Autor: 
Donjuan123
Źródło: 

wykop

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.

Reklama