Peru: Tak żyją ostatni potomkowie inków

Reklama

czw., 10/21/2021 - 02:02 -- MagdalenaL

Odległa społeczność Huilloc daje możliwość poznania swojej formy życia poprzez odpowiedzialną turystykę.

Ostatni władca inków – Atahualpa, zmarł w roku 1532 po tym, jak sprawował władzę nad imperium przez dwa lata. Później, inwazja hiszpańska zajęła Cuzco niszcząc każdy ślad inkaskiej kultury, żeby zastąpić ją swoją. Historia wywyższa postaci królów, władców i wodzów wojennych. Jednak to co wiemy na pewno, to to że jak wielu by ich nie zginęło, inkaska społeczność nadal żyje.

Dowodem na to są wspólnoty tzw. „Żyjących Inków”, czyli zwyczajnych, niespokrewnionych ze sobą osób – ostatnich potomków Imperium Inków. Jedna z nich znajduje się w Huilloc, niewielkiej i skromnej wiosce znajdującej się 40 minut od słynnych ruin Ollantaytambo, na szczycie góry, pomiędzy Machu Picchu i Cuzco. Podczas mojej podróży w tamte okolice moim celem było, wyruszając z zatłoczonego przez turystów Ollantaytambo, odwiedzenie tej wioski.

Skierowałam się na lokalny targ, z którego furgonetka służąca do transportu szkolnego, przywiozła mnie oraz nastolatków wracających ze szkoły, żeby zjeść razem z rodziną, aż do Huilloc.

Kiedy dotarłam do celu, Bacilia powitała mnie z szerokim uśmiechem na twarzy. Rodzina Usca Mamani to jedna z tych goszczących turystów chcących poznać ich społeczność. Poprzez odpowiedzialną turystykę, potomkowie inków próbują potwierdzić swoją tożsamość kulturową, stwarzając jednocześnie możliwości nauki oraz samozatrudnienia. W tym celu stworzyli Asociación de Jóvenes Indígenas Inkas Vivientes, czyli Stowarzyszenie Młodzieży Rdzennej Żyjących Inków. Łączy ono społeczności takie jak Huilloc, Ramira-Sordormayo, Patacancha i Challawaccocha, z których ta ostatnia jest najbardziej odizolowana i oddalona od cywilizacji. Od roku 2008 działają na zasadzie non-profit, promując kształcenie rdzennej młodzieży w zakresie agroturystyki, podróży doświadczalnych oraz turystyki wspólnotowej.

Jej celem jest poprawa szans życiowych i osiągnięcie „dobrego życia”, idei pochodzącej z andyjskiej i amazońskiej kosmowizji, która jest nadal aktualna wśród plemion pochodzenia inkaskiego. „Sumaq kawsay”, pozdrowiła mnie Bacilia. „Oznacza to idealną i piękną realizację godnego życia w pełni, dążąc do bycia w harmonii z naturą. To jest to, czego szukają turyści wykorzystując pieniądze, żeby zobaczyć naszą wioskę”, wyjaśnił mi najmłodszy syn Bacilii. Większość z mieszkańców wspólnoty nie zna hiszpańskiego; rozmawiają w swoim rdzennym języku – keczua. Dzięki powstaniu stowarzyszenia, ich dzieci mogą iść do szkoły, żeby nauczyć się hiszpańskiego oraz jak wzmocnić swój język, czy też wzbogacić swoją kulturę.

Dzielą się oni swoją kulturą z turystami poprzez spędzenie z nimi czasu, co jest podstawą ich pobytu. Bacilia ulokowała mnie na piętrze swojego skromnego domu, pełnego rysunków z andyjskimi symbolami namalowanymi na ścianach przez jej najmłodszego syna. Kuchnia znajduje się w centrum domu; to tam rodzina spędza większą część dnia. Wśród ich zadań znajduje się nauka języka keczua, tradycyjnej kuchni, tkactwa i naturalnych metod farbowania, organicznego rolnictwa, roślin o właściwościach leczniczych, rytuałów, ofiar dla „Pachamamy”, jak również tradycyjnych tańców i gier.

Jednak czynnością, która przykuła uwagę mieszkańców podczas mojej wizyty była koparka budująca most przeznaczony do połączenia dwóch części wspólnoty. Nawet najlepszy mecz piłki nożnej nie wzbudził tyle emocji jak obecność tej maszyny. Bacilia przerwała przygotowywanie obiadu, a jej córki przestały szyć, żeby zebrać się wokół tych niewielkich robót publicznych. Spotkali się tam wszyscy mieszkańcy Huilloc, śledząc uważnie każdy ruch maszyny, która przybyła do wioski.

Rozwój turystyczny – projekt godny podziwu

Społeczności te są samowystarczalne dzięki rolnictwu i produkcji tkanin oraz innym działalnościom rzemieślniczym. Poprzez zrównoważoną turystykę, dając turystom możliwość uczestnictwa w ich życiu, udaje im się wyróżnić, zdobyć uznanie oraz rozwój międzykulturowy. Lokalny rozwój turystyki ma służyć poprawie życia tych rodzin, dlatego sprawowanie rządów ma charakter zgromadzeniowy i uczestniczący, tak żeby wszyscy mieszkańcy mogli zaangażować się w decyzje stowarzyszenia. W skrócie, chodzi o wspólny i nowoczesny projekt, który respektuje i łączy andyjskie tradycje oraz zwyczaje.

„Jesteśmy rdzennym przedsiębiorstwem wspólnotowym, które generuje dochody i samozatrudnienie. Promujemy przy tym zrównoważony rozwój, który sprawia że jesteśmy rozpoznawalni na poziomie regionalnym, krajowym i światowym”, wyjaśniła mi córka Bacilii – Victoria, podkreślając że jestem pierwszą hiszpanką, którą goszczą w swoim domu. Zazwyczaj odwiedzający ich turyści pochodzą ze Szwajcarii, Stanów Zjednoczonych, Francji, a nawet Rosji.

Rodzina Usca Mamani była w stanie zapłacić za edukację swoich synów dzięki pieniądzom otrzymanym za przyjmowanie turystów. Za niecałe 50 soli (około 13 euro), możesz doświadczyć tego osobiście. Ponadto pomagasz wzmocnić wspólnoty nastawione na promowanie lokalnej mądrości, odnowienie autochtonicznych roślin leczniczych, zdrowe jedzenie i „dobre życie” w zgodzie z naturą i rozwojem społecznym.

Cztery dni wspólnego mieszkania z Bacilią nie były wystarczające. Posiadłam tylko fragment potężnej wiedzy, którą może przekazać nam ta społeczność: wartość pokory, prostoty i rdzennej potęgi. Potrzebowałabym więcej czasu, żeby w pełni docenić wielką wartość, która sprawia że te społeczności nadal istnieją. Walczą z coraz bardziej zglobalizowanym systemem, który grozi zdegradowaniem ich kultury do roli zwykłej wycieczki turystycznej.

„Żyjący Inkowie” przedstawili już rozwiązanie tego problemu. Teraz to my, turyści, powinniśmy wesprzeć ich wspólnotę.

Poprzez zrównoważoną turystykę, dając turystom możliwość uczestnictwa w ich życiu, udaje im się wyróżnić, zdobyć uznanie oraz rozwój międzykulturowy.

Autor: 
Marlenne García / tłum. Julia Śliwak

Reklama