W pogoni za słońcem w opuszczonym obozie przymusowej pracy: najlepsze zdjęcie Rafała Milacha

Reklama

śr., 07/28/2021 - 16:06 -- MagdalenaL

[podpis pod zdjęciem: In the shadow of violence (W cieniu przemocy) … opuszczony obóz przymusowej pracy ZSRR w Rummu. Fot. Rafał Milach/Magnum Photos]

Obóz stał się ulubionym miejscem do pływania i wypoczynku wśród Estończyków, choć ogrodzenia, wieże strażnicze i drut kolczasty wciąż tu są.

Był sierpień 2016 roku i byłem w podróży od wielu tygodni, dokumentując zanikające granice pomiędzy krajami bałtyckimi. Przed upadkiem Związku Radzieckiego w 1991 bardzo niewiele było fizycznego rozgraniczenia pomiędzy Litwą, Łotwą i Estonią. Ale po upadku każde z państw budowało granice aż do utworzenia strefy Schengen, gdy ta potrzeba znów zanikła. Wybrałem się, by sfotografować to, co zostało.

Po zajęciu krajów bałtyckich przez ZSRR w pobliżu kamieniołomu w Rummu ustanowiono więzienie o zaostrzonym rygorze. Teren przekształcono w strzeżony ośrodek, w którym więźniowie byli zmuszani do pracy. Po upadku ZSRR więzienie zamknięto, a zagłębie zalano. Choć teren miał właściciela, w miarę upływu czasu stał się ulubionym miejscem okolicznych mieszkańców do wypoczynku i pływania.

Sam ośrodek był zupełnie opuszczony. To, co jest widoczne na zdjęciu, może wydawać się idylliczne, lecz ogrodzenia, wieże strażnicze i drut kolczasty - choć gnijące i rdzewiejące - wciąż tam były. W pogoni za słońcem miejscowi wspięli się na mury, a ja podążyłem za nimi: wszyscy byli zdeterminowani, by dostać się do miejsca, którego poprzedni mieszkańcy w nie tak dalekiej przeszłości oddaliby wszystko, by móc się z niego wydostać.

W letnim skwarze wszyscy byli ubrani w stroje kąpielowe i nieśli dmuchane zabawki na plażę w cieniu brutalistycznej - i w swoim czasie brutalnej - architektury. Plaża miała w sobie tekstury podobne do tych plaży New Brighton na zdjęciach Martina Parra, lecz w cieniu przemocy. Eksploruje ona, tak myślę, zagadnienia ludzkiej natury: jak łatwo się przystosowujemy, jak radzimy sobie z historyczną traumą.

Lecz choć byłem zadowolony z tego zdjęcia, nie był to jedyny powód, dla którego wydaje mi się ważne. Gdy patrzę na nie teraz, uświadamiam sobie, jak przemyśliwanie zdjęć takich jak to - w miarę upływu czasu - zmieniało to, jak pracuję i myślę. To wizualny kolonializm, przedstawiający dokładnie to, czego spodziewałby się ktoś spoza tej społeczności. Dopiero po latach uświadomiłem sobie, że powielałem wizualne stereotypy, które stawiają obrazy ponad ludzi, budując zachodnie spojrzenie. Choć nie jest tak mocne jak Belgijski fotograf robiący zdjęcia w Kongo lub Brytyjczyk - w Indiach, zdjęcie nadal porusza tematy władzy i percepcji. Moja ojczysta Polska nie musiała kolonizować Estonii, by to zdjęcie było zdefiniowane przez to, co mi mówiono i wpajano przez całe życie.

Oczywiście ten upadek - wschodnia entropia - jest fotogeniczny. Ale to może być pułapką. I dlatego w pewnym sensie uważam, że wszystkie moje zdjęcia podobne do tego są porażkami. Osiągnęły co prawda największy komercyjny sukces i popularność na Instagramie, ale to dlatego, że inni widzą w nich to, co znają i z czym czują się bezpiecznie.

Dorastałem na Górnym Śląsku na południu Polski. Gdyby spojrzało się na zdjęcia krajobrazów, które mnie otaczały, można by mówić o “postindustrialiźmie” - tak jak na tym zdjęciu. Ale jest to dalekie od całokształtu regionu lub jego mieszkańców, i zajęło mi wiele czasu uświadomienie sobie, że duża część mojej pracy we wschodniej Europie robiła tym społecznościom niedźwiedzią przysługę.

Dziś już rozumiem, że jako fotografowie nie jesteśmy tylko neutralnymi obserwatorami. Zdjęcia rozpowszechniają przekazy i obrazy, aparat daje moc kształtowania świata i tego, jak jest postrzegany. W pewien sposób zmiana w moim postrzeganiu świata zaczęła się od tego zdjęcia. Tak, miało wszystkie elementy dobrego zdjęcia, ale przypomina też, czego nie chcę już robić w mojej twórczości.

Autor: 
Michael Segalov / tłum. Martyna Sołtysiak
Dział: 

Reklama